Sunday, 20 January 2008
Inauguracja
No i stalo sie...Tak samo dlugo jak opieralem sie wstapieniu w szeregi uzaleznienia zwanego nasza-klasa.pl, wzbranialem sie od zalozenia tworu zwanego BLOGiem. No i uleglem. A moze nawet poleglem. Czas to zweryfikuje. Tymczasem, zwiezle i na temat. Nie bede uzywal polskich znakow z tej prostej przyczyny, ze ich brak nie przeszkadza w zrozumieniu tekstu pisanego. Druga rzecz- przenosze swoje zapiski i fotografie ze starego travel-bloga, by ulatwic sobie i innym nawigacje po wpisach (...i przy okazji oddac wszystkie moje dane osobowe w rece wszechmogacych wizjonerow z Google...). To co widnieje pod spodem to pierwszy misiac Azji w pigulce (awwww!!)Postanowilem wrzucic te kilka zdan i fotek w jednym miejscu dla ogolnej wygody. No i po trzecie primo- ten BLOG w powszechnym zrozumieniu tego slowa, blogiem nie jest. Nie bede sie tu jakos specjalnie uzewnetrznial, polemizowal z calym swiatem, szukal duchowej odnowy czy rozrachunku z przeszloscia. I tak do momentu, w ktorym bede chcial sie podzielic emocjami ze znajomymi z drugiego konca swiata:) Chce utrwalic to co mnie zywi i tworzy, a nie to co juz we mnie jest (m.in. H2O, THC, HWDP itp..:P) Fakt- kazdy bedzie mogl tu zajrzec i poczytac, co nie oznacza ze mnie pozna, zdemaskuje czy posiadzie. Moze mnie za to polubic :) Bede pisal wtedy, gdy w moim zyciu bedzie sie dzialo cos wartego odnotowania-czyli srednio dwa razy do roku (bo 2 urlopy...). Zwlaszcza kiedy moja stopa stanie na nieznanej ziemi, daleko od domu. Marzeniem jest doczekac wpisu, ktory stanie sie czyjas inspiracja do dzialania, do zmiany. Z puntu widzenia kogos, kogo filmy Woddy'ege Allena inspiruja do przejechania zolta taksowka z Central Park na Times Squre dla samej frajdy wyjrzenia przez otwarta szybe nie powinno byc to takie trudne...
2007 R.I.P.

4 TYG DO WYJAZDU...'Have you aver got the feeling that you have to get away from it all? When a life you have just isn't enough? I mean, you go to college, you get a job...and one day you wake up and you realize that it'll be like this until the day you die.... There is a whole world out there that you haven't seen So I'm gone....I'm out of here....I'm in search of something different, something more beautiful...and, oh...I confess...something more exciting....a parallel universe..... So here it is and here I am. After 18 hours on a back of an airplane, three dumb movies, two plastic meals, six beers and absolutely no sleep I finally touched down...in Bangkok. And this is it- a good times city...gateway to south-east Asia...this is where the hungry come to feed....'So never refuse an invitation, never resist an unfamiliar...' The Beach by Alex Garland
BANGKOK. Po niemal 30h podrozy, 2 plastikowych posilkach, 8 filmach, absolutnie zerowej ilosci snu i ladowaniu zwienczonym obfitym pawiem w wykonanaiu zapasionej brytyjki wreszcie dotarlismy do Bangkoku. 'Arsehole of Asia', albo w jezyku miejscowych miasto aniolow, ktore, jesli nawet tu sa, pokrywa je tak gruba warstwa brudu, ze przestaja sie odrozniac na tle zniszczonych blokowisk, stajac sie przez to niedostrzegalne. Bangkok wibruje. I to doslownie. Juz na 1szy rzut oka miasto az kipi od gestwiny nieznajomych zapachow, barw i zgielku ulicznych jarmarkow. Wyglada niemal dokladnie tak jak u Dannego Boyla w 'Niebianskiej Plazy' -moze tutaj jest troche bardziej plastyczne, wyraziste. Pierwsze wrazenie? Inny swiat. Nie, wiecej- to raczej jakis rownolegly wszechswiat, gdzie wszystko rzadzi sie odrebnymi prawami, a kazda regula czy wytyczna staja sie pojeciem wzglednym. Byc moze moje odczucie spotegowane jest przemeczniem, moze dzieciecym podjaraniem. Jednka po niemal dwoch bezsenneych dobach moj mozg oscyluje gdzies pomiedzy zapomnianym blyszczykiem do ust Marty a chmura za oknem, do zludzenia przyminajaca Elvisa;) O tak, malo bylo momentow, w ktorych Marty usta zlozylyby sie do snu, a moje uszy odetchnely z ulga:)) Te jej male, poniekad slynne momenty upojenia werbalnego, nazwalem po prostu monologami Mandaryny :) Wtajemniczeni beda wiedzieli
czym mowa;) Nie ma na to jednak rady i to w skali ogolu! Mozg kobiety skonstrulowany jest przeciez wedlug schematu 'oko-komentarz- mysl- 'a ja myslalam, ze...''. Czyli najpierw wydobywa sie dzwiek, ktory nastepnie przedostaje sie do ucha , po czym zostaje przetworzony przez czasze;) Tymczasem odbiegajac od tego jakze wdziecznego tematu (baba!:), musze wspomniec , ze rozdziewiczanie miasta zwienczylismy dzis godzinnym masazem tajskim, z olejkami, ujami, mujami dzikimi wezami;). ktory to wyslal nasze mozgi w okolice Wenus. Jest oczywiscie plan na powtorke z rozrywki, tym razem jednak w nieco bardziej egzotycznym wykonaniu...


czym mowa;) Nie ma na to jednak rady i to w skali ogolu! Mozg kobiety skonstrulowany jest przeciez wedlug schematu 'oko-komentarz- mysl- 'a ja myslalam, ze...''. Czyli najpierw wydobywa sie dzwiek, ktory nastepnie przedostaje sie do ucha , po czym zostaje przetworzony przez czasze;) Tymczasem odbiegajac od tego jakze wdziecznego tematu (baba!:), musze wspomniec , ze rozdziewiczanie miasta zwienczylismy dzis godzinnym masazem tajskim, z olejkami, ujami, mujami dzikimi wezami;). ktory to wyslal nasze mozgi w okolice Wenus. Jest oczywiscie plan na powtorke z rozrywki, tym razem jednak w nieco bardziej egzotycznym wykonaniu...


Od Versace po Bilabonga, od nowozelandzkiego prawa jazdy po zloty bilet Zjednoczonych Emiratow Arabskich. Od suszonych kalmarow po glowe weza w sosie gravy. I tak: na pierwszym straganie przy mekkce backpackerow Ko ~San Road zegarki do zludzenia przypominajace Rolexy, na drugim garnitury z logo Armani robione na miare i w ciagu doby, na kolejnym full servis lewych dokumentow. A wszystko to w centrum miasta, na legalu bez zadnej obawy o policyjne naloty. Nie ma zludzen-Bankgok to miato ukladow i ukladzikow. Tu kazdy ma jakis lewy interes na boku , a sam lancuszek powiazan juz po dwoch dnaich staje sie oczywisty. Dla przykladu kierowca Tuk Tuka, ktory zamiast w umowione miejsce, zawozi nas do meliny, gdzie kamienie szlachetne takie jak diamenty czy szafiry sa szlifowane na naszych oczach. Ceny oszalamiaja.Pozywtynie. Za 3 czesciowy komplet: pierscionek wisiorek i kolczyki, wszystko z 4 karatowego zlota wysadzane certyfikowanymi (ISO 9001) diamentami i jasno niebieskim (ponoc najrzadszym) szafirem kosztuje tu ok 700 funtow. Dla porownania sprawdzilem ceny w Londynskim Tiffany'm i mnie grubo zamurowalo. Chyba nie musze wyjasniac co nastapilo dalej?:) bling bling :) Z drugiej strony to swojego rodzaju symbioza- koles z Tuk Tuka dostaje kupon na paliwo, my wydajemy pieniadze pierwszego dnia 5 krotnie przekraczajac budzet wycieczki....Mhhm, powiedzialem symbioza? Mialem na mysli pasozytnoctwo!:0.. Zostawiajac kamienie, dzisiaj po trudach poszukiwan i wypoconej cysternie wody znalazlem obiekt mojego porzadania! Burger King! Wiem wiem, profanacja dobrej kuchni...Ale Boze, jaka wielka byla moja radosc na widok mojego ulubionego logo. I menu, ktore moglbym wyspiewac do melodii marsylianki ,o polnocy wyrwany ze snu:) Najwazniejsze jednak, ze dla odmiany Xl bacon dbl smakuje dokladnie tak samo jak w UK, kiedy ryz, warzywa czy kurczak sa z zupelnie innej bajki. Dzisiaj bylismy cala paczka (11 osob) na kolacji zeby dokladnie omowic plan trasy. Wyjazd jutro rano, autobusem (z klima!:) do Chiang Mai na polnoc w strone zlotego trojkata. Podroz ma trwac 12 godzin wiec zapas 'henia' jest wiecej niz zalecany...
MOST NA RZECE KWAI. Pierwsza zasada prowadzenia auta w Tajlandii: NIE JEDZ! Druga: jesli juz wsiadles, wysiadz! Najbardziej zadziwiajaca rzecza wsrod tajow jest to, ze ludzie ktorzy sa tak spokojni, usmiechnieci, przyjazni i zadowoleni z zycia zamieniaja sie w kompletne potwory kiedy siadaja za kolkiem i w kompletnych idiotow kiedy wsiadaja na motor! Przejscie prze ulice w jednym kawalku graniczy tu z cudem a a kazda przeprawa przez miasto jakimkolwiek srodkiem lokomocji sprawia wrazenie ostatniej. Podobnie jak Anglicy, Tajowie jezdza lewa strona drogi. Przynajmniej oficjalnie, bo wydaje sie ze jezdzi sie tu jej calej szerokoscia. Motocykle sa wszedzie, a miejscowi nazywaja je rojem much. Jesli do tej pory nie wiedziales do czego sluza boczne lusterka tu sie dowiesz z miejsca. Ciekawostka jest, ze odwrotnie niz w Europie, tu migniecie swiatlami oznacza NIE JEDZ a jesli chce sie dojechac w jednyk kawalku, przy wyprzedzaniu trzeba uzyc klakson dajac powszechnie stosowany znak przed manewrem. Druga rzecza jest kuchnia. Wyobraz sobie najbardziej pikantna potrawe jaka w zyciu jadles. Spicy chicen curry? A moze pizza z jalapeno? Teraz wyobraz sobie, ze w Tajlandii beda one mniej wiecej tak samo ostre jak batonik Mars;) Niemal kazda ulica w tym kraju zastawiona jest straganami oferujacym selekcje snakow i potraw: od suszonych robakow po osmiornice czy weze. Sa tez bardziej znajome klimaty, jak kurczak z ryzem na okolo milion kombinacji. Wlasciwie odnosi sie wrazenie, ze tajowie wykorzystali wszystkie dostepne wariacje na temat kurczaka, preparujac go w calym wyczuwalnym wachlarzu smakow i zapachow. Jednym slowek jestem w niebi, a moje odkladane od miesiecy plany przejscia na wegetarianizm spelzly tu na niczym;) Z Bangkoku wyruszylismy dokladnie o 10 rano, co w polaczeniu z 4 godzinami snu i nocy spedzonej na Khao San Road-ulicy, na ktorej kazdy szanujacy sie backpacker zawita zaraz po przyjezdzie do miasta- nie wrozylo dobrze dalszej podrozy. Ta byla dwueptapowa: na poczatek klimatyzowany autokar do Kanchanaburi bus station, a nastepnie przesdiadka do starej ciezarowki w podobie do poczciwego Robura, tyle ze z przyspawanymi laweczkami po obu burtach, ktora zawiozla nas do Sam River Guest House (u brzegu rzeki Kwai), czyli plywajacego motelu. a wlasciwie osadzonego na plywajacej platformie domu,ktory robi za lodz i odwrotnie. Po przeprowadzeniu szczegolowej ekspertyzy rzeki i wieloetapowego audytu srodowiskowego (m.in. upewnianie sie, ze korkodyle sie tu nie kreca:), ja Magnus (Dania) i Sam (Anglia) dalismy nura w jej wartki nurt. Woda byla miodzio jednak ekosystem Kwai okazal sie niewdzieczny i
musialem wyjsc z wody zaraz po tym jak 'cos' bezczelnie upierdolilo mnie w maly palec u nogi, ryjac mi podwozie;) Po lunchu udalismy sie na slynny most na rzece Kwai, kotry znajduje sie wlasnie w Kanchanaburi. Sam przerdzewialy most nie robilby wiekszego wrazenia gdyby nie historia , kotra sie z nim kryje. Most zbudowano podczas japonskiej inwazji na Tajlandie w 1945r. rekoma jencow wojennych (POW- prisoners of war)i miejscowej ludosci. Mial on polaczyc Tajlandie z Burma a cala budowa trwala 20 miesiecy, dlatego szokujacy jest fakt, ze w jej trakcie zycie stracilo ponad 100000 ludzi. Wieczorkiem po ciekawym melanzu (sa rzeczy, o ktorych pisac tu nie moge , bo sponiewieralbym etykiete tego miejsca:) usiadlem na skraju platformy wsluchujac sie w skowyt miejscowych psow i hipnotyzujace odglosy dzungi na drugim brzegu rzeki. W tym, tempie relaksowania sie , jeszcze tydzien i zostane panem Zen, bo to miejsce stworzone dla ludzi poszukujacych inspiracji, odstajacych od schematow czy oczekujacych uber optymalnego szoku kulturowego. Spokoj i cisza kontrastuja tu ze zgielkiem ulicznych bazarow. Jednak nikt tu sie nie spieszy, a zycie toczy sie w rytmie, ktory doskonale wspolgra z moim wlasnym...
musialem wyjsc z wody zaraz po tym jak 'cos' bezczelnie upierdolilo mnie w maly palec u nogi, ryjac mi podwozie;) Po lunchu udalismy sie na slynny most na rzece Kwai, kotry znajduje sie wlasnie w Kanchanaburi. Sam przerdzewialy most nie robilby wiekszego wrazenia gdyby nie historia , kotra sie z nim kryje. Most zbudowano podczas japonskiej inwazji na Tajlandie w 1945r. rekoma jencow wojennych (POW- prisoners of war)i miejscowej ludosci. Mial on polaczyc Tajlandie z Burma a cala budowa trwala 20 miesiecy, dlatego szokujacy jest fakt, ze w jej trakcie zycie stracilo ponad 100000 ludzi. Wieczorkiem po ciekawym melanzu (sa rzeczy, o ktorych pisac tu nie moge , bo sponiewieralbym etykiete tego miejsca:) usiadlem na skraju platformy wsluchujac sie w skowyt miejscowych psow i hipnotyzujace odglosy dzungi na drugim brzegu rzeki. W tym, tempie relaksowania sie , jeszcze tydzien i zostane panem Zen, bo to miejsce stworzone dla ludzi poszukujacych inspiracji, odstajacych od schematow czy oczekujacych uber optymalnego szoku kulturowego. Spokoj i cisza kontrastuja tu ze zgielkiem ulicznych bazarow. Jednak nikt tu sie nie spieszy, a zycie toczy sie w rytmie, ktory doskonale wspolgra z moim wlasnym...
SLON Z TRZEMA GLOWAMI. Prowincja Kanczanaburi jest trzecia pod wzgledem wielkosci i moze sie pochwalic jednym z najlepiej zachowanych ekosystemow w Tajlandii. Erewan National Park, w ktorym znajdja sie wodospady o tej samej nazwie powinien znalezc sie na liscie kazdego szanujacego sie backpackera. Wodospadow jest siedem, kazdy na innej wysokosci, a zeby dotrzec do ostatniego, trzeba pokonac dosc stroma i bardzo sliska droge (ze wzgledu na wysoka wilgotnosc powietrza w dzungli kamienie zawsze pozostaja mokre). Jezeli to- dobre buty ecco czy merrela staja sie obowiazkowe. Co prawda ja dotarlem tam odziany w obuwie typu japonki, co po kilku godzinach marszu zamienilo moje stopy w niewypaly z WW2;) Miejscowa legenda glosi, ze docierajac do siodmego z wodospadow (polozonego najwyzej i jednoczesnie najwyzszego) powinnismy spotkac w okolicy Erawana -3 glowego slonia (??) wiozacego na swym grzbiecie Boga Hindu- Indre. Niestety nie bylo nam dane doswiadczyc uszatego olbrzyma, gdyz cala ekipa z wyjatkiem jednego zatrzymala sie na wysokosci 5go wodospadu. Reg (Liverpool;), jedyny ktory dotal do 7ki w pojedynke pozaluje tej decyzji na baaardzo dlugo, bo nie kazdy z nas bedzie mogl sie pochwalic ucieczka przed rozdraznionym stadem malp i kilkumetrowym skokiem ponad kilkunastometrowym wawozem. Malpy- prawdopodobnie makaki (Reg nie zna sie na malpach podobnie jak ja na ludziach;)) , ktore z pozoru wydawaly sie pluszowymi maskotkami na baterie okazaly sie sfora szczerzacych zeby potworow, ktore nie odpuscily poscigu do momentu, w ktorym Regie pobil swiatowy rekord w skoku w dal. Wracajac do wodospadu, to stojac w bezruchu u jego stop otrzymujemy bonus od natury w postaci darmowego peelingu calego ciala w wykonaniu setek malych rybek, ktore znajduja jakas perwersjna przyjemnosc w pozeraniu naszego zuzytego naskorka. Do naszego plywajacego domu wrocilismy juz nie Roburem a kajakami (250 baht, okolo 3.5 funta za 2h splywu). Zabawa byla przednia, jednak w moim wypadku albo raczej w moich genach zapisany jest specyficzny balans wrazen, wiec zeby nie zaburzyc funkcjnowania mojego mozgu i zbic poklady serotoniny przed samym mostem zaliczylem wywrotke bezpowrotnie tracac cyfrowke:(((
WIES, W KTOREJ NIE MA MOTYLI. Miasto Chiang Mai (pop.170.000) to drugie po Bangkoku miasto Tajlandii, ktore znajduje sie w prowincji o tej samej nazwie i jednoczesnie jednej z najwiekszych w tym kraju (est.pop.1.600.000). co prawda wiekszosc mieszkancow miasta to rodowici Tajowie, jednak ogromna jego czesc stanowi ludnosc naplywowa i obcokrajowcy, zwlaszcza biali Amerykanie, Australijczycy i Brytyjczycy, ktorzy osiedlajac sie tu otwierali przydomowe tawerny i puby. Chiang Mai (doslownie 'nowe miasto') w niczym nie przypomina komunalnego chaosu ulic Bangkoku. Nie ma tu rzeki sciekow, niewyobrazalnego smrodu czy bezpanskich psow szwedajacych sie po ulicach (11.000 pogryzien rocznie),a samo miasto jest bardziej europejskie niz kazde inne, ktore do tej pory odwiedzilismy. Nasza podroz nocnym pociagiem do Chiang Mai (po calodziennym postoju w Ayutayah-patrz zdjecia bezglowych figur Buddhy) trwala 12h i pozostawila kazdego z zasluzonym kacem i wyrazem twarzy zula z PKP;) Na szczesci zatrzymalismy sie w klimatyzowanym hotelu, co pozwolilo latwiej okielznac syndrom dnia drugiego i naladowac akumulatorki;)) Nazajutrz wynajeta ciezarowka zabrala nas do miejsca , z ktorego wyruszalismy w dzungle-czyli elephant station- cos na ksztalt dworca PKS tylko tu zamiast autobusow byly slonie. Przeprawa na tych uszatych potworach byla niesamowicie emocjonujaca,zwlaszcza gdy teraz, w porze mosnunowej, te trabiaste giganty
slizgaly sie przy stromych podjazdach, co kazdorazowo stawialo mi polise ubezpieczeniowa przed oczami;) Slonie to byl dopiero poczatek. Do hill tribe, znajdujacej sie na wysokosci 1200m.n.p.m. dostarlismy po dwoch dniach przeprawy przez dzungle. Nie musze dodawac, ze dla mnie, gorocokrwistej osoby ktora niemilosiernie poci sie w srodku zimy, kazdy stromy podjazd oznaczal ryzyko wypocenia sie na smierc. Ale oplacilo sie. Dwie noce spedzone w gorach, w slomianych chatach, bez elektrycznosci i z happy roomem zamiast lazienki, kapiele w rwacym potoku, ryzowa whisky i calonocne rozmowy przy swiecach z niesamowitymi tubylcami zaplacily po stokroc za trudy wspinaczki. Juz wiem jak bardzo bede tesknil za tym miejscem. Mam nadzieje, ze los rzuci mnie tu kiedys raz jeszcze, bo to miejsce nie tylko inspiruje ale rowniez pozwala zrozumiec,ze dotychczasowy wyscig szczorow jest, jak sama nazwa wskazuje, dla szczorow wlasnie...






slizgaly sie przy stromych podjazdach, co kazdorazowo stawialo mi polise ubezpieczeniowa przed oczami;) Slonie to byl dopiero poczatek. Do hill tribe, znajdujacej sie na wysokosci 1200m.n.p.m. dostarlismy po dwoch dniach przeprawy przez dzungle. Nie musze dodawac, ze dla mnie, gorocokrwistej osoby ktora niemilosiernie poci sie w srodku zimy, kazdy stromy podjazd oznaczal ryzyko wypocenia sie na smierc. Ale oplacilo sie. Dwie noce spedzone w gorach, w slomianych chatach, bez elektrycznosci i z happy roomem zamiast lazienki, kapiele w rwacym potoku, ryzowa whisky i calonocne rozmowy przy swiecach z niesamowitymi tubylcami zaplacily po stokroc za trudy wspinaczki. Juz wiem jak bardzo bede tesknil za tym miejscem. Mam nadzieje, ze los rzuci mnie tu kiedys raz jeszcze, bo to miejsce nie tylko inspiruje ale rowniez pozwala zrozumiec,ze dotychczasowy wyscig szczorow jest, jak sama nazwa wskazuje, dla szczorow wlasnie...









BULLET TIME. Koh Tao to raj na ziemi. Absolutny. Zapomnij o miejscu, o ktorym mowi sie , ze jest piekne. Zapomnij o zatloczonej plazy Phu Ket czy Krabi, na ktorych pasozutuja zachodni turysci zmienajac te kiedys spokojne plaze w szambo jednej nocy. Ko Tao to miejsce perfekcyjne. Tetno zwalnia tu do poziomu, na ktorym potrzeba sobie zadac wiele trudu by zdobyc sie na slowa czy gesty. Wszystkio co dotychczas bylo skladowa codziennosci staje sie zbedne. Nie liczy sie ani czas, ani dzien tygodnia, pora dnia czy kierunek w ktorym sie podaza. Nie dyskutuje sie tu przy kazdej okazji o pogodzie, nie spieszy na metro i nie mysli o tym co przyniesie jutro. Marley gra i spiewa w kazdej knajpie na kazdej z kilkunastu plaz. Buffalo soldier nie istnieje tu juz bez zachodow slonca, a zachody slonca nie wygladaja tak samo bez Buffalo soldier. To efekt pewnej, moim zdaniem powszechnej tendencji to zapamietywania miejsc, obrazow i dzwiekow i zaspalania ich w jedna, niepowtarzalna calosc, ktora , jak mechanizm zegarka, dziala efektywnie tylko w odpowiednim zestawieniu. Wszystko to co wydarzylo sie w ciagu ostatnich kilku dni, przewartosciowalo moje nieco wybujale ego:)) i w efekcie jestem w trakcie przebukowywania biletu. Chce tu zostac. Nie wiem na jak dlugo. Nie mysle o tym. Mam nadzieje, ze to co sie dzieje nie jest tylko niedojrzalym zauroczeniem a gleboka fascynacja. Chcialbym, zeby kazdy mial kiedys szanse sie tu znalezc i przezyc te same emocje ktore ja przezywam teraz. Dla powyzszego postanowilem odkryc to miejsce ponownie...mam 3 dni w Bakngoku na przedluzenie wizy. Bilet juz przebukowany! Wszyscy inni jada do domu;(( ale nie ma tego zlego, na Koh Tao poznalem przed wczorja grupe polakow ktorzy zostaja tam na kilka tygodni wiec bedzie sie do kogo odezwac w rodzimym jezyku...
WPIS 20 stycznia 2008 : Na Koh Tao mielismy spedzic zaledwie tydzien...Po powrocie do Bangkoku dlugo meczylem sie z mysla, zeby przelamac moj pieprzony racjonalizm i wrocic na wyspy 'against all odds'..Udalo sie. Zostalem kolejne dwa miesiace...Osiem tygodni. 56 dni. 1344 godziny. 80640 minuty. 4838400 sekundy...a dzieki kazdej z osobna, juz nigdy nie porzuce mysli o powrocie...
Subscribe to:
Posts (Atom)





















